Oriento Expresso 2013

Koło się zamknęło. Moja przygoda z biegami na orientację zaczęła się właśnie rok temu na Oriento Expresso. Wtedy po raz pierwszy dostałem mapę do ręki i heja do lasu. Dlatego z nieciepliwością czekałem na ten dzień. Tym razem baza imprezy była umiejscowiona w malowniczym pałacu w Porażynie. Na miejsce przyjeżdżam z Pawłem na godzinę przed startem. Pogoda nie rozpieszczała, bo od rana padał przejściowy deszcz. Choć na szczęście było stosunkowo ciepło jak na bieganie bo jakieś 15 stopni. Udajemy się pospiesznie do biura zawodów, gdzie spotykamy Artura, który formalności miał już za sobą. Odbieram kopertę z pakietem startowym. Tam między innymi numer startowy i … dwie agrafki. Jak to dwie?!? Po chwili okazuje się, że numerek jest tak naprawdę naklejką – co przy panującej pogodzie, nie było zbyt dobrym rozwiązaniem.

OrientoExpresso

OrientoExpresso

Na 10 min przed startem udajemy się na odprawę. Humory dopisują, sceneria pięknego pałacu w Porażynie zachwyca. Jedynie momentami nasilający się deszcz psuję tą sielankę. Przed startem, jak to już jest w zwyczaju, następuje losowanie nagród. Jest to całkiem fajny zwyczaj, tym bardziej jako ponownie udaje się coś wygrać. Jeszcze trochę, a będę ubrany od stóp do głów dzięki tym losowaniom nagród 🙂 Sama odprawa trochę nie przedłuża, ale w końcu otrzymujemy mapy, żeby zapoznać się z trasą. Okazuje się że punktów jest 11 i początkowo nie wiemy jak się za nie zabrać. Jednak po chwili dyskusji, dochodzimy do wniosku, że sensowne jest tylko jedno rozwiązanie. Nagle znienacka słyszymy głośne START! Po sekundowym szoku, że to już, ruszamy z góry obranym wariantem. Niektórym zajęło trochę więcej czasu, przetworzenie informacji, że nie będzie żadnego odliczania czy jakiegoś wielkiego przygotowania do startu 🙂

Zaraz na początku biegniemy obok Oli Wojciechowskiej, którą wcześniej spotkaliśmy na Szadze, a która teraz startował wraz z mężem w kategorii PARY-25. Tempo wydaje się spokojne, ale mimo wszystko większość peletonu została gdzieś z tyłu, a my z grupą kilku (kilkunastu) osób docieramy do pierwszego punktu. Kolejne dwa również zaliczamy w tym małym peletonie, ale raczej na jego końcu. Co pewien czas obracam się na jednej długiej prostej, ale nikogo nie widzę. Widocznie pobiegli w przeciwną stronę.

Droga z PK10 na PK04 wiodła między innymi przez łąkę. Gdy na nią wbiegliśmy z Pawłem, nie było już widać nikogo z naszej grup. No nic, przebiegamy przez nią prosto na północ, i dalej drogą do punktu. Nagle na przecięciu dróg, widzimy całą grupę po prawej stronie ze stratą jakiś 200m do nas 🙂 Nie wiem jak to zrobili. Ale teraz to my jesteśmy z przodu i bardzo nam to pasuje. Aby zdobyć PK04 odbijamy w lewo w las i już po chwilo odnajdujemy punkt, który był umiejscowiony w niecce na wzniesieniu. Kątem oka widać, że ekipa się nie połapała i cały czas szukaj. Dlatego my po ciuch oddalamy się od punktu. I może ta chwila rozkojarzenia spowodował, że zamiast wrócić na drogę, z której przybyliśmy to dotarliśmy do drogi poprzecznej – zupełnie tego nie świadom. Tak więc zamiast biec na północ, cisnęliśmy na zachód. Tutaj dołączył się też do nas Michał Sokół, którego z kolei spotkaliśmy na biegu w Puszczykowie 🙂 Razem tak błędnie napieraliśmy 😉 Na szczęście szybko krajobraz zaczął się nie zgadzać i głównie dzięki Pawłowi obraliśmy poprawny kierunek. Jednak dobiegając do PK11 widzimy, że nasza ekipa już z tamtą wraca. A niech to :/ Straciliśmy przewagę. Do PK05, postanawiamy biec inaczej niż wszyscy, czyli główną droga przez wieś Nowa Dąbrowa. Po późniejszej analizie, okazało się że to ni był optymalny wariant i mogliśmy stracić tutaj jakieś 300m. Ale przynajmniej nie było opcji aby się zgubić 😉

Dobiegając do PK05, widzimy całe stado odbiegających już stamtąd osób. Podbiegamy do słupka aby odbić karty i…. Paweł zaczyna szukać swojej, już przeklinają, że chyba ją zgubił. Na szczęście, utknęła mu gdzieś pod koszulką i nie wyfrunęła. Uffff.

Dobieg do PK08 niby nie był trudny, ale było wiele różnych ścieżek/wariantów, którego tam prowadziły. Na samej końcówce, lekko się zakręciliśmy, ale jak wyszło później, dzięki temu pokonana odległość była krótsza niż zakładaliśmy. Tutaj ponownie spotykamy Michała. Udało się odrobić wcześniejszą stratę. Od tego momentu w sumie widzimy tylko jeszcze jednego zawodnika w żółtej koszulce, który biegnie przed nami. Michała zostawiamy z tyłu. Nie żebyśmy byli szybsi, ale on zaczął zastanawiać się nad mapą, więc to wykorzystaliśmy 🙂

Do PK11 droga była prosta, ale sam punkt był dobrze ukryty w ciemnym sosnowym lasku. Jakimś cudem wpadliśmy na niego bardzo szybko. Z późniejszych relacji było słychać, że był to jeden z bardziej problematycznych punktów. Według opisu znajdował się pomiędzy dwoma sadzawkami, a w okolicy tych sadzawek było podobno więcej.

Do PK09 biegniemy już mocno zmęczeni. Przed nami zawodnik w żółtym, za nami Michał. W połowie odcinka postanawiają oni wybrać inny wariant niż my mieliśmy założony. Trochę nas to dziwi, ale biegniemy swoje. Wybraliśmy raczej wyraźne drogi. Punkt odnajdujemy szybko i sprawnie. Po chwili pojawiają się jeszcze dwie osoby, ale nie są to nasi towarzysze podróży. Odchodząc od punktu… tak odchodząc, bo pod pretekstem przerwy na batona, zrobiliśmy sobie przerwę od biegu, opracowujemy plan na kolekjny punkt. Znowu idziemy na łatwiznę i bez kombinowania gdzieś polami, wybieramy może trochę dłuższy wariant ale za to główną drogą, gdzie czekał nas długi 1,5km przebieg. Na tej prostej zacząłem mieć mały kryzys, i zupełnie odciąłem się na chwile od rejestrowania gdzie jesteśmy. Wiedziałem że mamy jakieś 8min biegu prosto i to mi wystarczało 🙂 Zastanawiające było tylko to, że nie widzieliśmy nikogo przed nami ani za nami.

PK03 był umieszczony w lesie, na rozwidleniu dwóch strumyków, a jak się w praktyce okazało rowów przypominających okopy. Nie sposób było go przeoczyć, dotarliśmy do niego jak po sznurku. Decydujemy się że będziemy szli dalej wzdłuż tego okopu aż do drogi, a potem już prosto na ostatni PK. Tutaj znowu zaczęliśmy iść pod pretekstem, że nie ma drogi i ciężko by się biegło… mimo iż las przebierzeny jak cholera. Nagle za plecami widzę jakąś jasną koszulkę zawodnika, które skaczę jak kozica. Myślę sobie „no nie, człowiek sobie idzie spokojnie a tu go od razu wyprzedzają”. Zawodnikiem jak się później okazało był Darek Wróbel. Który zaczął nas motywować, że to jeszcze jeden PK i jesteśmy w domu. Podziałało. Pobiegliśmy z nim. Dotarliśmy do drogi i potem miało być już tylko na wprost przez polane, droga i PK. Jak się okazało, nie było tak prosto, bo polana była opłotowana, z czego jedne płot był pod napięciem 😉 Nim się obejrzeliśmy, Darek już przeskoczył przez płot (wybierając na szczęście ten bez napięć). Popatrzyliśmy na siebie i nie było innego wyjścia jak pójść w jego ślady. Nie poszło nam tak zgrabnie, dlatego tutaj się rozstaliśmy 😉

Do samego PK07 docieramy bez problemów. No może tylko tyle, że było on na wzniesieniu, a mnie zaczęły brać pierwsze kurcze w łydki. Na szczęście do mety było już tak niewiele. Wybiegamy na ostatnią prostą i powolnym tempem zmierzamy ku mecie. Stąpając bardzo ostrożnie, aby kurcze nie chwyciły, ciśniemy nerwowo oglądając się do tyłu czy nikt nie depcze nam po piętach. Czas wydaje się niezły i wszystko wskazuje że złamiemy 3h. Tuż przed końcem, coś nam się nie zgadza na mapie. Mamy za dużo dróg, za dużo skrzyżowań. Skręcamy za szybko w lewo, na szczęście po 100m się orientujemy i zawracamy. To jeszcze nie ten skręt. Przed nami widać na horyzoncie jeszcze Darka, który też jakby się mota, gdzie skręcić. Widać jest nerwowo, bo zostało tak niewiele, ale jednak jeszcze trochę.

Po chwili odnajdujemy właściwy skręt i już widać pałac. Dobiegamy szczęśliwi do biura zawodów. Na miejscu widzimy Darka, który czeka przed wejście z wielkim bananem na twarzy. Myślę sobie coś jest nie tak 😉 Po chwili wszystko się wyjaśnia. Zajmujemy czwarte miejsce!?! Szok, ogromna radość, niedowierzanie. Takie emocje nam towarzyszyły. Mówi się że 4 miejsce to najgorsze miejsce. Ale dla nas to osiągnięcie, o którym nawet nie myśleliśmy przed startem. Nasz czas to 2:58:30, przy zrobionych 26,5 km. Strata do trzeciego to 1min i 50s, a strata do lidera to 33min. Punkty odnajdywaliśmy bez problemu, a zrobione kilometry świadczą, że dobór trasy był bardzo optymalny i to pewnie przełożyło się na dobry wynik.

Podsumowując jeszcze samą imprezę, to była bardzo udana organizacyjnie. Coś czego nie napisałem na początku: wszystkie PK to były solidne drewniane słupki, z performatorem przytwierdzonym na stałe. Zostaną one oczywiście po imprezie i teraz jeżeli, ktoś będzie chciał sobie pokonać którąś z tras, to może przyjechać do hotelu w Porażynie, tam otrzyma mapę i do boju. Pełen szacun za taki pomysł. W sumie to mam zamiar tam wrócić, i zrobić sobie TP10*, która w 80% ma inne punkty kontrolne niż TP25 którą biegłem.

Po biegu, był czas na jedzenie, masaże, ognisko i wspólne biesiadowanie. Nawet pogoda jakby się lepsza zrobiła. Z niecierpliwością czekam na kolejną imprezę organizowaną przez Marcin. Mam nadzieje że już odpoczął i że podejmie się wyzwania za rok, a może wcześniej?!? Kto wie 😀

 

TP25

TP25

*nocą.

Tagi , , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *