Jesienny Tułacz 2013

W miniony weekend odbył się Jesienny Tułacz, na który postanowiliśmy pojechać wraz z Pawłem. Impreza jest organizowana już któryś rok z rzędu, a do tego co roku są trzy edycję – Wiosenna, Wakacyjna i Jesienna – z czego pierwsza i ostatnia odbywa się w nocy. W sumie to mieliśmy trochę daleko, bo jakieś 350km, ale pozytywne opinie i chęć sprawdzenia się w nocnej nawigacji sprawił, że skusiliśmy się na wyprawę do Luzina. Analizując poprzednie edycje i wyniki, po mojej głowie chodziło pytanie jak to się dzieje, że ludzie tyle czasu spędzają na trasie. TP25 km mało kto robi w limicie 7h. Nawet popełniłem takie pytanie na fejsbukowym profilu Tułacza, żeby odkryć prawdę. W odpowiedzi otrzymałem tylko garść uśmieszków i zapewnień, że jak spróbuje to się dowiem 🙂

Jesienny Tułacz 2013

Jesienny Tułacz 2013

Aby trochę się przygotować, tydzień wcześniej pojechaliśmy z ekipą do Porażyńskich lasów, aby przebiec sobie TP10 na orientację nocą. Słupki i mapy zostały po Oriento Expresso, które odbyło się tam niedawno. Bieg wyszedł całkiem spoko, i nawigacja nie sprawiała większych problemów, dlatego nastawienie na Tułacza było raczej pozytywne.

Musze jeszcze wspomnieć, że Tułacz rządzi się swoimi prawami jeżeli chodzi o potwierdzanie punktów – początkowe wydaje się to skomplikowane, z dużą ilości oznaczeń i biurokracji. Za wszystko można dostać punkty ujemne, a końcowy wynik w najlepszym wariancie to 0 (słownie ‘zero’) punktów. W terenie poza PK są jeszcze punkty stowarzyszone i mylne, które podnoszą skalę trudności.

Ale przejdźmy do samego ‘biegu’. I tu zaczyna się kolejna różnica… prawie żaden z uczestników nie nastawiał się na bieg. Zdecydowana większość to piechurzy. Jak się potem okazało, dzięki temu mieli pod pewnymi względami przewagę.

Na trasie TP25, punkty trzeba było zaliczać w wyznaczonej kolejności. Było ich w sumie 12. Start miał się odbywać interwałowo, co dwie minut. Nasza drużyna wylosowała 165 (!) minutę startową. Impreza zaczynała się o 19:00, czyli nasz start był zaplanowany n 21:45. Po nas startowało dosłownie kilka ekip. W oczekiwaniu na start udało mi się nawet zdrzemnąć na twardej podłodze w sali gimnastycznej, gdzie był zlokalizowany start. Gdy nadeszła godzina zero otrzymaliśmy mapy i drożdżówkę(?) 😉

PK1 był w miarę blisko od startu i do tego w bardzo charakterystycznym miejscu. Dobiegamy tam po około 10min, jest nieźle. Obieramy wariant na kolejny punkt i biegniemy. Po wybiegnięciu z lasu trafiamy na teren mocno zurbanizowany i szereg uliczek. Nic nie zgadza się z mapą. Tych domów tu nie powinno być. Wybieramy jakąś drogę na zachód, potem prosto ścieżką w las. Po chwili ścieżka się kończy, a my miotamy się jak młodzi. Wracamy do punktu wyjścia i ostatecznie już nie pamiętam jak, trafiamy na właściwą drogę do PK2 w kierunku zachodnim. Tutaj idzie w miarę ok, czasami tylko małe ścieżki okazują się leśnymi autostradami, ale o tym budowniczy ostrzegał przed startem.

PK2 odnajdujemy na wzgórzu w lesie. Dalej decydujemy się na przebieg na azymut do najbliższej drogi. Dalej w kierunku torów kolejowych, więc też nie było opcji się zgubić. Choć przez moment sunęliśmy skrajem podmokłej łąki, ogrodzonej elektrycznym pastuchem. Jak się okazało przez przypadek nie był on podłączony do zasilania 🙂

PK3, 4, 5 i 6 odnajdujemy bez większych kłopotów, mimo jednego zejścia z obranej trasy szybko łapiemy się w terenie i ciśniemy dalej. Ilościowo mamy połowę punktów, 2h 20min i 11,3 km. Wygląda całkiem ok. Jednak od tego momentu zaczyna się przygoda…

Na PK7 wiedzie ścieżka, która początkowo trochę się zatraca przez wycinkę drzew, a potem po prostu zanika. Ale utrzymujemy kierunek i docieramy do punktu. Niestety był to punkt stowarzyszony. Przez to, że byliśmy w innym miejscu niż właściwy punkt wszystko się posypało. Do tego las był mocno przebieżny i łatwo było uznać coś trochę bardziej wydeptanego za ścieżkę. Docieramy w miejsce gdzie powinien być według nas PK8, ale nic tam nie ma. Kręcimy się w kółko i drepczemy po własnych śladach. Zniechęceni postanawiamy odpuścić ten punkt i podążyć dalej na zachód do PK9. Wybiegamy z lasu na większą drogą i łapiemy punkt odniesienia. Ponownie wbiegamy w wąską przecinkę i po parunastu minutach znowu lądujemy na dużej drodze. Coś się nie zgadza. Tego tu nie powinno być. Zagubieni pytamy przypadkowych przechodniów gdzie tak naprawdę jesteśmy. Okazuje się że… tuż koło PK8 na drodze, na której myśleliśmy że jesteśmy 20min temu! Grubo. Nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. Plus tego taki że odnajdujemy PK8.

Do PK9 idziemy z duża grupą osób – około 20. Tłum przez chwile zwątpił, bo droga przestała się zgadzać z mapą, ale idziemy dalej. Docieramy w miejsce gdzie ma być punk i zaczynamy przeczesywać las. 20 osób, 20 minut , a punktu nie ma. Znowu trochę podłamani postanawiamy odpuścić. Skoro tyle osób nic nie znalazło, nie ma co dalej próbować. Jak się potem okazało wszyscy szukali jedną przecinkę za wcześnie (!), stąd brak efektów.

Do PK10 droga wiodła na północ, choć początkowo się nie zgadzała, ale kompas nie kłamie, więc parliśmy dalej. Po parunastu minutach wszystko wróciło do normy i spokojnie już dotarliśmy do PK10. Tutaj niestety złapaliśmy punkt stowarzyszony. Ale po braku PK9 byliśmy zadowoleni że cokolwiek udało się znaleźć ; )

Drogę na PK 11 wybraliśmy może troszkę dalszą niż najkrótsza możliwa, ale za to już sprawdzoną, bo wcześniej przemierzaliśmy ją w przeciwnym kierunku. Dzięki temu mogliśmy wreszcie oddać się tak zapomnianemu już biegowi, bez strachu że coś przeoczymy czy zgubimy drogę. Punkt znajdujemy bez problemu i z zapasem 2h 20min do limitu czasu udajemy się w kierunku ostatniego PK11. Sam narożnik lasu koło miejscowości Charwatynia znajdujemy szybko. Jednak na tym sukcesy się kończą. Las ponownie mocno przebieżny, przez co droga którą do niego wbiegliśmy szybko się rozmywa. Zaczynamy przeczesywać okolicę. Ponownie zgromadził się już mały tłum błądzących. Znajdujemy w sumie dwa punkty w postaci słupków z innych imprez, ale naszego nie ma. Gdy na zegarze pojawia się 20min do limitu czasu, postanawiamy cisnąć na metę oddaloną 2,2km w linii prostej od naszego PK. Co jak co, ale choć w limicie czasu to musimy się zmieścić 🙂 Ostatni kilometr był naszym najszybszym kilometrem. Na metę wpadamy z czasem 6h 58m.

 

Podsumowanie w liczbach:

Punkty karne: 240 (2x brak punktu, 2x punkty mylne, 1x korekta wpisu na karcie)

Miejsce: 39/84

Czas: 6h 58min

Kilometry: 35,73

Jesienny Tułacz to impreza zupełnie inna niż te, w których do tej pory braliśmy udział. Nie chodzi tylko o to że odbywała się ona w nocy, ale też o sam system punktacji, obecność punktów mylnych i stowarzyszonych. To wszystko sprawiało, że bardziej nadaje się ona dla piechurów, którzy idąc szybkim równym tempem, są w stanie lepiej kontrolować teren z mapą i odmierzać sobie odległość przy przemieszczeniu się na azymut. To co przysparzało nam najwięcej kłopotów to przebieżne lasy, gdzie niektóre drogi po prostu zanikały i wszystko w koło nadawało się na drogę. Jednak w naszych lasach, droga to droga i nikt nie myśli o zapuszczanie się w gęstwinę. Druga sprawa to sama mapa, które była nieaktualna i czasami wprawiała w konsternacje. No ale żeby nie było to impreza była bardzo pozytywna i zrobiła na nas dobre wrażenie. Doświadczenie tam zebrane, na pewno przyda się nam na kolejnych imprezach na orientację nocą. Jeżeli ktoś kiedyś zapyta mnie się, czy warto tam się wybrać, to podpowiem, że zdecydowanie tak 🙂

JT 2013 - ślad trasy

JT 2013 – ślad trasy

Tagi , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz