Śnieżne Konwalie

Decyzja o tym że wystartuje w ŚK zapadała już w zeszłym roku, zaraz po tym jak z powodu zepsutego samochodu nie udało mi się dojechać na Nocnego Marka. Wiedziałem że muszę w końcu wystartować w rajdzie organizowanym przez Rajd Konwalii Team. Tym razem aby mieć więcej zapasu przed startem, ale też aby być bardziej wypoczętym decyujemy się wyjechać już dzień wcześniej. I tak razem z Arturem, Markiem i Pawłem, meldujemy się już w piątek w bazie rajdu, w Zielonej Górze. Po wejściu do budynku uderza w nas przyjemne ciepło, od razu czuć też atmosferę jaką tworzą już przybyli wcześniej zawodnicy i ekipa z obsługi. Po odebraniu pakietu startowego – w którym był między innymi wyczesany magnez na lodówkę 🙂 – idziemy szukać miejsca na sali gimnastycznej. Tutaj z kolei zaraz po wejściu uderza nas chłód i wiatr z dmuchawy. Normalnie jakbyśmy przekraczając próg zmienili strefę klimatyczną. Lokujemy się gdzieś pod ścianą i zaczynamy partyjkę w karciankę, której nazwy boje się wymawiać.

Partyjka w LM

Partyjka w LM

 

Jednak otaczający chłód zmusza nas do poszukania jakiegoś innego miejsca do spędzenia nocy. Dobrze że chciało nam się ruszyć tyłki, bo na pierwszym piętrzę znajdujemy przytulny, ciepły korytarz, gdzie już kilka osób zdążyło uwić sobie gniazdko. Bez chwili zastanowienia zbieramy nasze toboły i przenosimy się na pięterko 🙂 Mimo zapalonego światła i głośnych rozmów, moja zdolność do szybkiego zasypiania w każdych warunkach pozwala mi cieszyć się snem już przed północą.

Rankiem zaliczamy szybkie śniadanie, i wybieramy się na odprawę.  Już wcześniej ustaliliśmy, że biegniemy razem z Markiem i Pawłem. Jedynie Artur zaczął się wygłupiać i stwierdził, że rodzinna TP25 to już nie dla niego i wybrał TP50 😉 Mapy dostajemy jakieś 20 minut przed startem i zaczynamy przygotowanie wariantu. W sumie to była to jedna kartka A3, na której były nadrukowane 3 osobne mapy. Jedna topo, która zawierała wszystkie punkty, oraz dwie do BNO, na których były rozlokowane wszystkie PK poza trzema. Najwięcej problemów z wybraniem wariantu było na pierwszej mapie, gdzie było aż 19 punktów kontrolnych. Trzeba było tak wybrać trasę, aby nie trzeba było zbytnio się cofać. Ostatecznie decydujemy się na 37-36-35-34-33-32-31-49 a następnie 15-14-13-12 z drugiej mapy na BNO oraz 11-10 z topo. Na opracowanie drogi powrotnej zabrakło już czasu.

Planowanie wariantu przed startem

Planowanie wariantu przed startem

Gotowi do drogi

Gotowi do drogi

Start zaczął się punktualnie o 9:00. Tempo od początku było leniwe, także ledwo co wyprzedzamy piechurów 😉 Na pierwszym rozwidleniu zdecydowana większość ludzi skręca w prawo. Początkowo trochę mnie to martwi, że wybraliśmy inny wariant niż większość. Ale jak się potem okazało, dzięki temu uniknęliśmy tych słynnych już kolejek do perforatora. Pierwsza część mapy do BNO idzie sprawnie i bez kłopotów. Te dopiero zaczynają się przy przejściu na drugą mapę do BNO. Przekraczamy strumień groblą i już coś nie zgadza. A przecież punkt miał być tuż za strumieniem. Po chwili pojawia się coraz więcej osób i każdy coraz bardziej poirytowany biega w te i wewte. Nabiegałem tutaj 2km i straciłem 20min, nim zorientowałem się gdzie jest punkt. Taki głupi błąd, a wystarczyło spojrzeć na mapę topograficzną, która jak się potem okazał była bardzie dokładna od tej BNO i był na niej ten dodatkowy stawek… Trochę wkurzeni biegniemy dalej. Teraz może być już tylko lepiej. W międzyczasie na ośnieżonych zbiegach testuje moje Wallshe i okazuje się, że kolczasty bieżnik pozwala na popuszczenie wodzy fantazji i nie wstrzymywanie nóżki 🙂 Konkurencja zostaje na takich odcinkach daleko z tyłu 😉

Równowaga w przyrodzie musi zostać zachowana i podczas przebiegu z PK11 na 10 sprzyja nam szczęście. Niby wariant łatwy, ale mam wrażeni że w pewnym momencie tracimy kontakt z mapą, do tego droga, która powinna iść dalej prosto na zachód kończy się, a my lądujemy w dzikim lesie. Na szczęście na horyzoncie dostrzegam piechurów, wiec domniemam że musi tam być drogą. Gdy do niej dochodzę by załapać jakiś punkt odniesienia, pojawia się pociąg trzech żwawo biegnących osób. Bez chwili wahania doklejamy się do nich by po jakiś 100 metrach wpaść prosto na PK.

Z PK17 i 16 też mieliśmy małe problemy, ale głównie dla tego że mapa z 1990 roku miała się nijak do rzeczywistości. Jedyne czemu można było ufać to warstwice. Potem lądujemy ponownie na Wilkanowskiej mapie do BNO i wszystko zaczyna się układać po staremu. Do tego okolice punktów kontrolnych są wydeptane w śniegu jakby przebiegło tędy stado słoni.

Na metę dobiegamy z czasem 4h 38min. Nie jest to szczyt moich marzeń, bo myślałem że uda się zejść przynajmniej poniżej 4h. No ale okazuje się że mimo 1,5h straty do lidera zajmujemy 20-ste miejsce w kategorii OPEN na 112 osób. Trochę to poprawia mój humor 🙂 Teraz już tylko czas na prysznic, obiad jeden, regeneracja, obiad dwa. Zaraz po tym jak Artur wrócił ze swojej wyprawy życia, wybraliśmy się w drogę powrotną, gdzie przez cały czas ostro dyskutowaliśmy na temat minionego dnia, tras, taktyk oraz planach na kolejne starty.

Mapa 1/3

Mapa 1/3

Mapa 2/3

Mapa 2/3

Mapa 3/3

Mapa 3/3

 

 

Tagi , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz