Złoto dla Zuchwałych

Czołem dziewczęta i chłopcy.

Sponsorem dzisiejszego odcinka są literki Au i liczba 79.

Na wstępie muszę pochwalić inicjatywę jednego z biegaczy, który pod adresem http://tiny.cc/pmno umieścił mapę z zawodami z cyklu Pucharu Polski w pieszych maratonach na orientację. Na szczęście w tych imprezach są też krótsze dystanse, takie na nasze możliwości. Jedną z takich z dystansem TP20 jest Złoto dla Zuchwałych, rozgrywane w Łabiszyńskich lasach wokół miejscowości Lubostroń . Tegoroczna edycja odbyła się w dniu 22 Lutego.

Wstępnie zapisaliśmy się w trójkę. Krzysztof, Marek i ja. Niestety Marek się rozchorował i wyruszyliśmy tylko w dwójkę. Pobudka o 4:00 i około 5:00 śmigamy obwodnicami i ekspresówkami aż do Gniezna. Pełen komfort. Dalej drogi „nieco” gorsze ale całkiem pusto, więc suniemy bez przeszkód. 20 kilometrów przed Żninem, mijamy feralną stację benzynową, na której zakończyliśmy nasz wyjazd na Nocnego Marka. Tym razem bez przeszkód. Uffff. W międzyczasie sobie gadamy o różnych pierdołach, w tym o dziwnym zapisie z regulaminu.

„9. Warunkiem potwierdzenia obecności na PK jest perforacja odpowiedniego pola na karcie startowej odpowiadającemu danemu PK oraz wpisanie w kartę startową czasu (godziny i minuty) obecności na PK w danym polu karty startowej.”

Po co wpisywać czas? Przecież to jest scorelauf. O co chodzi? Czekaj, masz długopis. Eeeee miałem wziąć, ale został na stole. To samo u mnie. Ok, kupimy po drodze. Mina Pani na stacji miała mi dobitnie przekazać, że o tej godzinie to kupuje się artykuły pierwszej potrzeby (tzn. alkohol) a nie wyroby piśmiennicze. No ale wystarczyło przetrząsnąć kieszenie kurtki i schowki samochodu, a długopisy się znalazły.

 

Wjeżdżając do Lubostronia przejechaliśmy mostem metalowo-drewnianym, którego jezdnia przypominała wytarty parkiet. Wytrawny orientalista pewnie oglądałby „rzeczkę” i jej bieg. Jako, że nim nie jestem, moglem skupić się na dziurach w parkiecie. Moje obawy okazały się niepotrzebne, przejechaliśmy suchą oponą. Most jest solidny, jeżdżą nawet ciężarówki.

luboston-most

Na szczęście bobry zostawiły mostek w spokoju.

Baza zawodów znajdowała się w zespole szkół. Parking już pełny. Znajdujemy wolne miejsce i idziemy do biura zawodów. Mieściło się ono w strategicznym miejscu, zaraz przy wejściu do sali gimnastycznej. Pobieramy zalaminowane numery i karty startowe i zwiedzamy teren. Odkrywamy jedną z atrakcji czyli 6 stołów do pool bilarda. Nieźle. Pewnie dyro jest pozytywnie zakręcony. Ciekawe jak umotywował zakup dla szkoły. Tam też ma miejsce odprawa poszczególnych tras.

W międzyczasie przyjeżdża Mariusz który startuje na TR100. Jego relacja tutaj.

Wreszcie czas na nas. Dowiadujemy się, że mapa jest w miarę aktualna (bodajże 2005r.) i  nie trzeba wpisywać godziny podbicia PK, a lampiony to kartka papieru przyklejona do drzewa. Maksymalna odległość od bazy to 3 km. Mapa malutka w formacie A5, skala 1:50000. No nic ogarniamy na szybko trasę. Ehe, tu jest ta rzeczka. Noteć dzieliła teren zawodów na dwie części. Wybieramy wariant Z-M-N-O, przelot na C-I-J-K-L, a na koniec W-T-Y.

 

ZdZ_2014_track

Wariant Z-I-M-N-Y   T-W-O-J   C-K-L brzmi lepiej, ale był mało optymalny.

 

Zaczynamy.

Po wyjściu ze szkoły ciśniemy do lasku na wschód. Pierwszy punkt więc trzeba uważać. Mijamy się z dwoma ekipami, w tym z triathlonistami z Wągrowca. Delikatnie wchodzimy nie w tą przecinkę, ale szybko się poprawiamy.

Z – skrzyżowanie drzewo 10m na SE . Pierwsze koty za płoty.

Wiadomo najgorzej na początku wstrzelić się w mapę, poczuć skalę, znaleźć ścieżki itd. Lecimy dalej. Prosty przelot drogami i przez pola. Ale coś ciężko. Wiatr wieje, nie mam siły. Jak tak dalej będzie to nic nie zwojujemy. No nic. Dopadamy do lasu i szukamy punktu w dolinie. No, orgowie widać lubią się przekomarzać, bo jak się później okaże większość lampionów jest odwrócona od kierunku nabiegania. Także trzeba patrzeć za plecy.

M -dolina. Zaliczony. Nie mogę coś ogarnąć perforatorów, bo wbiłem się nie w te kratki co miałem 🙁 No właśnie. Do dziurkowania był użyty mix typowych perforatorów i dziurkaczy którymi wywijają maluchy w przedszkolu. Na karcie startowej były więc motylki, lwy, gwiazdki itd.

Ciśniemy dalej. W lesie dobrze się biegnie. W drodze na następny punkt przez drogę przemyka stado kilkudziesięciu jeleni a za nimi kilka muflonów. Tak nam się przynajmniej wydaje, że to były muflony. Odbijamy punkt N- skrzyżowanie przecinek, i ciśniemy za stadem.  Następny O- początek ścieżki, i lecimy przelotem przez most. Na punkt C-drzewo na granicy kultur lecimy od wschodu, ze względu na to że od drugiej strony zaznaczone na mapie są bagna. Także trochę drogi dołożyliśmy, czy było szybciej czy wolniej trudno powiedzieć. PK jest na południe od jeziora więc trudno się pomylić. Odpowiednie drzewo, kasownik i lecimy dalej. Następne trzy punkty w miarę szybko bez historii.

I- ruiny wieży drzewo 20 m na N

J- drzewo na granicy kultur

K- Drzewo na SE skraju skarpy

Na L- skrzyżowanie przecinek uderzyliśmy prosto z K przez las. Po chwili spotykamy trójkę orientalistów poszukującą właśnie tego miejsca. Znajdujemy słupek działowy, numery na mapie się zgadzają, jest skrzyżowanie, tylko obrócone o 90 stopni 🙁 Na wszelki wypadek czeszemy drzewa, ale nic nie znajdujemy. Kręcimy się w kółko bez sensu, w końcu wracamy na K i namierzamy się od drogi gruntowej. Wszystko się zgadza i … wbijamy się tam gdzie byliśmy kilka minut temu. Co jest grane? Po chwili wszystko jasne i bez przeszkód walimy ściechą po punkt. Wybiegamy z lasu i, ocho, trójka którą przed chwilą spotkaliśmy, już gna przed siebie. Trochę się ścigamy do lasku, gdzie odbijamy W- skraj lasu słupek wysokości.

Dalej wybieramy łatwiejszy wariant ubitym skrajem lasu, po czym przechodzimy przez drogę i grzejemy polem. Tylko końcówka jest zaorana więc obywa się bez specjalnego spowolnienia. Na T- początek strumienia spotykamy kilka osób i bez zbędnego marudzenia śmigamy po ostatni Y- przepust. No i tu się zaczynają dziać dziwne rzeczy. Prościutka dróżka, słonko świeci, ptaszki ćwierkają, muflony brykają a u mnie kolka (nie pamiętam kiedy ostatnio coś takiego mi się przydarzyło) a Krzycha łapią skurcze łydek. Także maszerujemy, próbujemy świńskiego truchtu, znowu idziemy, w końcu się ogarniamy i jako tako docieramy nad strumyk z PK. Odbijamy i wzdłuż rzeki, podziwiając dzieła bobrów (napoczęły kilkanaście drzew) lecimy do bazy.

 

Na parkingu przed halą widzimy jak odjeżdża jeden z zawodników. No nieźle. Pewnie już połowa na mecie. Zatrzymuje się i przeprasza, że nie może zostać na dekoracji ale przyśle zastępstwo. Delikatnie mówiąc nie wiemy o co chodzi. Oddajemy karty. Czas to 2:51. Nie jest źle. Pytamy się, które miejsce i zdziwienie bo jesteśmy na podium. Teraz wszystko jest jasne, wiemy że przed chwilą rozmawialiśmy ze zwycięzcą, Maciejem Szatkowskim.  Oto jego przebieg z Endomondo. Jego czas to 2:35. Losujemy kto drugi a kto trzeci.  I to w sumie wszystko. Później tylko wciamy fasolkę po bretońsku w stołówce i gramy w bilarda czekając na pierwsze podium w „karierze”.

elita_m60

Pocisnął nas dziadek z wnuczkiem.
foto Karol Chudzyński

 

Podsumowując. Mnie się bardzo podobało. Na trasie (przynajmniej naszej) wszystkie punkty były tam gdzie być powinny. A sama trasa super. Trochę w lesie, trochę przelotów, część płaska a inna pofałdowana. Rzeka, strumyki i stada zwierzaków. W bazie posiłek bez ograniczeń, gorąca woda pod prysznicem i w miarę kameralna atmosfera. No i sympatyczni i pomocni organizatorzy.

 

Tagi , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz