Połowa sukcesu

Ostatnie tygodnie upłynęły pod znakiem intensywnego biegania. Na drugi plan poszedł rower i siatkówka. Wszystko zaczęło się w sumie od jednego bodźca: w okolicznej Dąbrówce został zorganizowany bieg na 10km, na który przyjechał Einstein z Jolą i po prostu pobiegli. Wydawało by się niewiele, ale na ten czas dystans 10km był poza moim zasięgiem, a ich wyczyn podziałał na moje ambicje 🙂 Dlatego postanowiłem zacząć biegać. Na początku było to 5km, które z trudem ukończyłem, a na samym końcu myślałem, że padnę na glebę i się już nie podniosę. Z czasem udawało się zwiększać dystans i czas ciągłego biegu. Jednak żeby mieć motywację, należy postawić sobie jakieś cele. Początkowo było to po prostu przebiegnięcie 10km ciągiem. Później postanowiłem sprawdzić się w biegu na 15km podczas pierwszej piętnastki Frankiewicza. Udało się dobiec do końca, ale już wtedy wiedziałem, że w tym roku chciałbym zaliczyć jeszcze półmaraton. Wybór padł na II Samsung półmaraton w Szamotułach. Jako że do startu było jeszcze 1,5 miesiąca, to byłem optymistą i wierzyłem że uda mi się do niego przygotować. Namówiłem też Marka i Pawła do tego żeby wystartowali.

Dzień przed startem urządzamy sobie pasta party. Każdy przygotowuje jedno makaronowe danie i zaczyna się wielka wyżerka. Humory dopisują, omawiamy taktyki i plany jak kto zamierza biec. Następnego dnia rano czułem się jeszcze mega pełny i najedzony. Jednak ten makaron syci, no i przy okazjo dostarcza dużo węglowodanów.

Zbiórka jest zaplanowana o 8:15 u Pawła. Od rana wszystko jest spowite gęstą mgłą, ale myślę sobie, że do 11:00 jeszcze dużo czasu więc pewnie się rozpogodzi. W końcu dzień wcześniej była bajeczna pogoda – słońce, ciepło i bezchmurne niebo. Ale dzięki poradzie Marka, zabieram jeszcze do torby koszulkę z długim rękawem. Droga do Szamotuł nie jest długa, ale mgła ogranicza mocno widoczność i schodzi nam trochę więcej czasu niż planowaliśmy. Na miejscu znajdujemy parking tuż przy bierze zapisów, a zarazem przy mecie. Wszystko wygląda jeszcze ospale, budy z ubraniami dopiero co się rozstawiają, a do tego mgła cały czas mocno trzyma.

Iście mgliście

Iście mgliście

Do startu jeszcze 40min, a tu się okazuje że został on przesunięty o 30min?!? Nigdy wcześniej nie słyszałem o takim przypadku, ale wygląda na to, że to wszystko przez tą mgłę. Na 20min przed godziną zero udajemy się na rynek skąd będziemy startować. Ustawiamy się w sektorze na 1,5h-2h, w sumie to w jego przedniej części 🙂 Wszyscy niby gadają, śmiechy chichy, ale lekki stresik jest. Jeszcze tyko minuty, a potem sekundy, oczekuje na sygnał startu, a tu nagle JEBUT! Huk taki, że aż się zatrzęsło, prawie zawał. A to Bractwo Kurkowe dało sygnał do startu strzelając ze swojej armaty. Początek iście wybuchowy 🙂

Pierwszy kilometr to lekkie przepychanki i przedostawanie się do przodu, żeby złapać swoje tempo. Biegniemy jeszcze wszyscy razem. Przed biegiem miałem założenie, że pierwszą część pobiegnę w tempie 5:30′ a tymczasem pierwsze dwa kilometry wychodzą 5:10′. Myślę sobie, że to za szybko i że nie dam rady długo się tak utrzymać. No ale inni biegną to ja też 🙂  Na około 2-3km Paweł po cichutku przyspiesza, i pod pretekstem że chociaż przez chwile chce być przed nami znika nam z oczu. Co w sumie nie trudne, bo mgła cały czas ogranicza widoczność do jakiś 50m.

Pierwszy bufet pojawia się po 5km. Choć należało by napisać, że wcześniej go usłyszałem niż zobaczyłem : ) WODA, POWERADRE, WODA, POWER…., a dopiero po chwilo widać co i jak. Niby nie jestem spragniony, ale profilaktycznie popijam trochę wody. Dalsze kilometry mijają spokojnie. Cały czas biegnę z Markiem i utrzymujemy tempo 5:10′. Na około 13km rozdzielamy się i już w pojedynkę dobiegam do mety. Oczywiście cały czas miałem nadzieje, że w pewnym momencie dogonię Pawła. Co jak się potem okazało było niemożliwe, bo dowalił mi 5min!

Każdy z nas ukończył bieg z niezłym czasem. Chyba tak naprawdę nikt nie liczył, że wyniki będą takie dobre. Niektórzy nawet przezwyciężyli ból głowy 😉

Oficjalne wyniki:

  • Paweł – 01:43:48
  • Krzychu – 01:48:15
  • Marek – 01:51:58

Po samym biegu, udaliśmy się no posiłek regeneracyjny i na to co lubimy najbardziej, czyli losowanie nagród. Co prawda pralki nie wygraliśmy, ale Paweł wygrał zestaw małego szefa grilla 🙂

Zmęczenie ale zadowoleni wracamy do domu. Półmaraton zaliczony. Teraz wydawało by się, że trzeba by pójść o krok dalej… ale to chyba nie będzie już takie proste.

Tagi , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz