V Rajd Konwalii

Dobrze zorganizowany rajd przygodowy to coś, co tygryski lubią najbardziej. Dlatego wraz z Pawłem wystartowaliśmy w V Rajdzie Konwalii na trasie Adventure. Przygoda miała się rozpocząć o 23:00 szybkim prologiem, który miał za zadanie rozciągnąć stawkę 30-stu zespołów. Każda drużyna otrzymała mapę satelitarną Moch wielkości kartki A4 pociętą bodajże na 7-8 trójkątow. Na początek trzeba było szybko złożyć puzzle.
Puzzle
Na mapie było 6 PK. Podzieliliśmy się z Pawłem na pół i ja wziąłem 4PK, Paweł 2 🙂 Ale tak było najbardziej optymalnie. Mój zestaw puzzli miał ten minus, że nie było na nim STARTU/METY, tak więc trochę trzeba było zapamiętać. Biegnę sobie na pierwszy PK i nikogo nie widzę przed sobą, już zaczynam myśleć że gdzieś pobłądziłem, ale punkt się znajduje i wszystko się zgadza. Ruszam do kolejnego PK i obracam się za siebie, a tam już mała pogoń. Ostatecznie tuż przed metą na długiej prostej wyprzeda mnie Łukasz Nowacki i Mateusz Wojciechowski. Gdy dobiegam Paweł już czeka. Odbieramy komplet map i ruszamy.

Schemat trasy

Schemat trasy


Teraz przyszedł czas na odcinek rowerowy nocą. Ale zaraz, zaraz – przecież my nigdy nie jeździliśmy rowerami po nocy, a tym bardziej z mapą. Wszystkie te wąskie przecinki zlewają się z tłem i trzeba mocno wytężać wzrok, żeby je dojrzeć. Dodatkowo światło czołówki odbija się od plastikowego poszycia mapnika i razi po oczach. Uczucie jakby ktoś strzelił fleshem aparatu. Jednak całość pierwszego etapu mija całkiem sprawnie i bez kłopotu docieramy do Strefy Zmian A (SZ A).
Green Team

Green Team


Tutaj szybko zrzucamy kaski i w nogi. Dzięki temu że jesteśmy mniej PRO, nie tracimy czasu na zmianę butów z SPD na biegowe ;). Jednak w całym tym pośpiechu poczyniliśmy błąd taktyczny, który miał się na nas zemścić trochę później.
Bieganie na mapie do BnO zaczęło się całkiem nieźle. Wszystko się zgadzało i punkty same wpadały nam pod nogi. Do PK7 prowadziła tak wąska przecinka, że chyba została ona wydeptana przez zwierzynę, a niżeli była dziełem człowieka. W ciemności zaczęliśmy wątpić czy to jeszcze ta ścieżka, czy przypadkiem jesteśmy już w czarnej d… Ale gdy już mieliśmy rezygnować i wracać do punktu wyjścia to punkt się znalazł. Co prawda ktoś zabrał sam perforator i odkurzaczem posprzątał konfetti, ale sam lampion stał na miejscu.
Dowód w sprawie

Dowód w sprawie


Po wybiegnięciu z mapy BnO postanowiliśmy ciąć na azymut przez pole, w szczególności że było one wykoszone, a punkt był opisany jako na „szczycie góry”. No to jak tu ominąć szczyt góry. I tak chyba przez hura optymizm zostaliśmy wpuszczeni w przysłowiowe maliny, a właściwe to jeżyny. Wszystkie te cholerne wzgórza były szczelnie nimi pokryte. Znalezienie właściwej górki kosztowało nas trochę czasu i kilka dziar na nogach, rękach i plecach. Ale najważniejsze że się udało. Ta strata czasu trochę weszła mi na ambicje i do kolejnego punktu chcę dotrzeć jak najszybciej. Po drodze wyprzedzamy jeden team, a już na dobiegu do kajaków wyprzedzamy kolejny – znajomych z ColcaPeru.
Końcówka biegu była szybka i woda w bukłaku się skończył. Ale przecież na „przepaku” będzie woda! Jak to nie ma?!? Jedyna woda jaka była to ta w jeziorze… Szkoda. Marnym pocieszeniem jest to, że dotarliśmy tutaj na 7 miejscu kiedy w ustach sucho.
Ubieramy kapoki, wiosła w dłoń i wtedy słyszymy niewinne pytanie Jacka Galli, który siedział na tym punkcie: „A nie macie żadnej foli na te mapy?” F*UCK. Nie dość, że nie mieliśmy to ja ze sobą zabrałem oby dwie mapy, mimo iż jedna była zupełnie nie potrzebna. Cały czas wierząc, że nie będzie tak źle wsiadamy do kajaków i ruszamy. Największa trudność miała być na początku, czyli przepłynąć po ciemku na drugą stronę jeziora i wbić się w wąski kanał prowadzący do kolejnego jeziora. Pływaliście kiedyś kajakiem po ciemku? Na jeziorze? My też nie. Czołówka na niewiele się przydaje, a tylko oślepia jak światło odbija się od mokrych wioseł. Po ciemku pływa się znacznie klimatycznej, niczym niszczyciel prujący fale Atlantyku – choć z tym pruciem fal, to mocno przesadziłem.
Na pierwszym punkcie kajakowym, przy ujściu kanału, robi się mały zator i jakieś 6 ekip zbija się w jedną gromadę. Tak w sumie dopłynęliśmy do etapu gdzie jedna osoba mogła zostać w kajaku, a druga zbierała punktu gdzieś w przybrzeżnych lasach. Na tym etapie nasze mapy były już tylko rozmoczonym kawałkiem bezużytecznego papieru, z jakimiś kolorowymi plamami niczym z testu Rorschacha. Tylko dzięki temu, że dopłynęliśmy tutaj w kilka ekip, mogliśmy zaliczyć punkty ukryte w przybrzeżnych lasach, podążając za innymi. (Dzięki!) Podział był taki, że Paweł biegał, a ja wygrzewałem się w porannym słońcu leniwie sunąc po tafli jeziora 🙂
Dalej zostało już tylko dopłynąć do strefy zmian A. Po tych kilku godzinach wiosłowania, nie mogłem się już doczekać przesiadki na rower. Co bym się za bardzo nie cieszył, po dopłynięciu do SZA czekało na nas zadanie specjalne – również w kajakach.
Jedna osoba dostawała opaskę na oczy i wiosło, a druga miała go nakierować na dwa PK pływające w zatoczce. Śmiechu było co niemiara, bo poza nami zadanie w tym samym czasie wykonywali ColcaPeru i jeszcze jeden team. Obijaliśmy się o siebie, a ślepcy z wiosłami wymachiwali w koło głów innych 😉 Trochę śmiechu, trochę przekleństw i w końcu udało się zrobić zadanie. Na przepaku przebieramy się w suche rzeczy, zagryzamy bułkę z bananem i szybko na rower. Tutaj jakoś nie było żadnych przygód, co jakiś czas widzimy inne teamy i czuć, że różnice czasowe są małe, a atmosfera gęsta.
Na etap BnO dojeżdżamy razem z Napieraczami, a po rowerach widać, że 3 inne ekipy jeszcze biegają. Pierwsze punkty wpadają dość łatwo, potem zaczynają się schody bo mapa jest dość stara i drogi przestają się zgadzać. Na szczęście rzeźba terenu się nie zmieniła i punkty się znajdują. Gdy dobiegamy do mety, widzimy dwa teamy, które dopiero co odjeżdżają, co oznacza że trochę do nich odrobiliśmy. Jednak z drugiej strony gdy wsiadamy na rowery przybiegają chłopaki z On-Sight (ToRazDwa), którzy przyjechali tu po nas, co oznacza że przebiegli ten etap dużo szybciej.
Teraz pozostał już tylko ostatni rower. Początek nie idzie dość dobrze, bo gubię drogę i tracę jakieś 15min na odnalezienie się. Dalej staram się spiąć i jakoś idzie, choć zmęczenie doskwiera coraz bardziej. Na sam koniec organizatorzy postanowili z nas zażartować i zwieźli piasek z naszych pięknych plaż znad Bałtyku i rozwieźli go po leśnych drogach. Do tego co pewien czas usypali mega wydmy. Nie dość że po górę pozostaje tylko pchanie, to w dół też się nie da zjeżdżać. Masakra jakaś. Ale to już koniec…
Po 15h 29m docieramy na metę jako dziewiąta ekipa z trzydziestu startujących. Plan minimum wykonany – udało się ukończyć w limicie i nie być ostatnim 😉

Potem pozostało już tylko piwko, makarony, i cała góra jedzenia jaką zapewnił organizator. Było extra i z czasem trzeba będzie spróbować na dłuższym etapie.

Tagi , , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz