Szaga TP25 2015

…skręcam w drogę w lewo i po 50m widzę wielką bramę – oczywiście zamkniętą. Skąd ogrodzona działka w środku lasu i to w dodatku na drodze, którą wyznaczyłem sobie do kolejnego punktu? No nie ważne. Patrze w prawo – końca płotu nie widać. Patrzę w lewo i dostrzegam, iż za 50m widać koniec tego absurdalnego ogrodzenia. Mimo iż kolejnym skrętem z tej drogi miało być w prawo, ja wybieram że obiegnę moją przeszkodę z lewej – do teraz sam nie wiem dlaczego. Po 50 metrach płot się kończy, teraz już tylko dalej wzdłuż działeczki i… Ale co to! Po chwili ponownie ogrodzenie odbija w lewo (sic!) – no ale przecież nie będę się cofał! Ja nie dam rady! Choć tym razem końca nie widać…

Kolejna Szaga i kolejne TP25. Jakoś nie mogę się przestawić na to TP50. Zawsze znajdę sobie jakąś wymówkę, a to że za ciepło, a to że za zimno, a to że nie mam paznokcia na paluchu, a to że start na trasie, której nie jestem w stanie przebiec w całości jest bez sensu… Jak to mówią „Złej baletnicy przeszkadza rąbek u spódnicy”. Ale dobre TP25 nie jest złe. Już od tygodnia moje nakręcanie się na start było wyraźnie odczuwalne. Chęć szybkiego pokonania trasy i bez wyrzutów zjadane batoniki w trakcie, to jest to co lubię.

Odprawa. Razem z Markiem, zwycięzcą TR50.

Odprawa. Razem z Markiem, zwycięzcą TR50. [Fot. z FB Szaga]

9:00. Wystartowaliśmy. TP25, TP50, TR50, TR100. Na początek trzeba było wybiec z Mosiny. Już po kilku zakrętach przede mną zostali tylko zawodnicy z TP25. Było ich pięciu. Wszyscy w zasięgu wzroku, ale ja staram się biec swoje i ich nie gonić. Do PK1 dobiegamy wszyscy razem, choć to mi udaje się odbić go jako pierwszy i dzięki temu nie muszę czekać ze perforatorem. Na PK2 droga była prosta i na tym przebiegu wyprzeda mnie uśmiechnięty Mikołaj Kasprzak, który wybrał się bez zbędnego plecaka, niczym na spacer po lesie. Gdy zbiegałem z górki, na której stał PK2 już go nie widziałem przed sobą. Tymczasem całkiem blisko za sobą miałem trzech innych zawodników. Na PK3 pobiegłem dość autorskim wariantem, trochę tnąc na azymut. Jak się okazało potem, dużo tutaj zyskałem nad innymi, bo nie trafili oni czysto w punkt.

Dalej było równie spokojnie, do czasu gdy… skręcam w drogę w lewo i po 50m widzę wielką bramę – oczywiście zamkniętą. Skąd ogrodzona działka w środku lasu i to w dodatku na drodze, którą wyznaczyłem sobie do kolejnego punktu? No nie ważne. Patrze w prawo – końca płotu nie widać. Patrzę w lewo i dostrzegam, iż za 50m widać koniec tego absurdalnego ogrodzenia. Mimo iż kolejnym skrętem z tej drogi miało być w prawo, ja wybieram że obiegnę moją przeszkodę z lewej – do teraz sam nie wiem dlaczego. Po 50 metrach płot się kończy, teraz już tylko dalej wzdłuż działeczki i… Ale co to! Po chwili ponownie ogrodzenie odbija w lewo (sic!) – no ale przecież nie będę się cofał! Ja nie dam rady! Choć tym razem końca nie widać. W duchu przeklinam sam siebie, za to że uparcie biegnę w tą stronę zamiast zawrócić. W końcu cała ta sytuacja się kończy i wybiegam na łąkę. Szybki rzut oka na krajobraz i na mapę. Plus taki, że szybko się odnajduje, ale trochę mną rzuciło i teraz muszę pokonać do PK7 kilka kanałów, którymi jest pocięta ta łąka. Szacunkowo tracę tutaj jakieś 7min.

Wkurzony biegnę dalej, początkowo obracając się za siebie i sprawdzając czy ktoś przypadkiem nie depcze mi po piętach. No niby cisza i spokój, choć tym bardziej wydaj się to podejrzane. Kolejne PK już wchodzą gładko i wydaje się, że po optymalnych wariantach. Z PK9 na PK10 to chyba najdłuższy przebieg pomiędzy punktami (a zarazem najłatwiejszy) w sumie jakieś niecałe 6km. Zaczynam już tutaj zamulać, a tempo spada do około 6min/km. Czuje że na takim przelocie będę tracił do tych wszystkich mocarzy, co to nie męczą się podczas biegania. Gdy przeprawiam się przez Kanał Mosiński, nagle słyszę za plecami „Przyjemnie w tej wodzie?”. Nim zdążyłem się obrócić, przeszła mnie myśl, że oto straciłem kolejną pozycję. Ale ku mojemu zaskoczeniu za swoimi plecami zobaczyłem Mikołaja Kasprzaka, który przecież od PK2 miał być przede mną. Stwierdzam, że nie teraz czas na rozmyślania i czym prędzej wdrapuję się na skarpę. Do Krosinka wbiegamy już razem. Skręcamy w drugą w lewo. Zgodnie z mapą, droga powinna z asfaltowej zmienić się w leśną. Tymczasem na końcu asfaltu, jakiś nowobogacki postawił sobie chałupę, ogrodzoną szczelnym płotem. Przez myśl przechodzi mi, że przecież ten płot nie jest za wysoki, a las praktycznie widać. Jednak widok przemiłego psa, szybko wybija mi ten pomysł z głowy. Trzeba obiec.

Do PK10 dobiegamy jeszcze razem. Jednak dalej Mikołaj włącza 6 bieg, a mi pozostaje trwać w niby-biegu modląc się, żeby skurcze w łydkach się nie nasiliły. Gdy wpadam na metę dowiaduję się, że zająłem drugie miejsce. Wielką radość przesłania początkowo wielkie zmęczenie.

Płuca wyplute, ale oto jestem na mecie. [Fot. z FB Szaga]

Płuca wyplute, ale oto jestem na mecie. [Fot. z FB Szaga]

Jak do tej pory jest to mój najlepszy wynik w startach na TP25… choć oczywiście niesmak pozostał 😉 Strata do lidera to tylko 8min. Wyszło na to, że strata przy PK7 być może zdecydowała o zwycięstwie.

Jest radość!

Jest radość! [Fot. z FB Szaga]

Garść statystyk:
Czas: 3h 25min
Dystans: 32,19 (choć nie jestem pewien czy ten GPS w telefonie nie dorzuca kilometrów ;))

Wyniki TOP3:
1. Mikołaj Kasprzak – 3h, 17min
2. Krzysztof Gruhn – 3h, 25min
3. Adrian Stolarczyk – 3h, 34min

Gdyby ktoś chciał przeżyć to jeszcze raz, to może zobaczyć to TUTAJ

Ślad trasu nałożony na mapę.

Ślad trasu nałożony na mapę.

Tagi , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *