Rajd Konwalii 2015

Jeżeli człowiek zabiera się napisanie czegoś o rajdzie, który odbył się kilka miesięcy temu, to można wszystkiego nie pamiętać. Jednak nigdy nie zapomnę, że na tegorocznym Rajdzie Konwalii były ultra gorąco i to właśnie upał rozegrał największą rolę i poustawiał drużyny w klasyfikacji. Już samo wyjście z klimatyzowanego samochodu było wyzwaniem. Wystarczyły trzy sekundy, aby nie robiąc nic, spocić się jak po godzinnym siedzeniu w saunie. Pocieszeniem było to, że start dla trasy AR był zaplanowany na 23:00, gdzie temperatura drastycznie spadała do jakiś 25 stopni(!).

Tuż przed startem

Tuż przed startem


Na początek był zaplanowany, krótki bieg po mieście i kolekcjonowanie sprzętu potrzebnego na kajak (wiosła, kapoki). Niby dzięki temu miała się rozciągnąć stawka, ale i tak wszyscy dobiegli w grupie do brzegu jeziora. Szybkie ruchy, działa wprawa i już odbijamy od brzegu. Ciśniemy w czubie i niczym motorówka zbliżamy się do pierwszego PK. Artur przygotowuje się, żeby w locie odbić punkt, wyciąga karta zza pazuchy i … w tym momencie widzi, że został jedynie sznurek, na którym była ona przymocowana. Zaczynają się nerwowe ruchy, przeszukiwanie kajaku i plecaków. Niestety, karta wyparowała. Starając się dostrzec pozytywy, to lepiej że zniknęła nim cokolwiek na niej podbiliśmy. Dalszą część rajdu, będziemy dokumentować nasze odnalezienie punktów na numerze startowym – a co tam.
Sam kajak minął nam szybko i sprawnie, poza punktem KF. Dopływamy do niego opływając wysepkę od wschodu i wpływając do zatoczki. Jednak podążając w kierunku kolejnego punktu, skuszeni światełkami latarek innych, postanawiamy skrócić sobie drogę, wybierając odcinek mocno zarośnięty trzciną. Żeby się przez niego przebić, trzeba było bardziej odpychać się od dna, niż wiosłować. Po kilku chwilach widać już, że zarośla rzedną i po chwili wypływamy na jezioro. Spoglądam jednak kompas i coś mi się nie zgadza. Nie wiem jak, ale okazało się, że w tych zaroślach zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do tego samego miejsca tracąc jakiejś 10 min!

Pod koniec części kajakowej najbardziej optymalnie było się rozdzielić, tak żeby jedna osoba zebrała punkty opisane na mapie do BnO, a druga osoba dokończyła kajak i przy okazji zebrała kilka punktów leżących wzdłuż linii brzegowej. Szacowaliśmy, że rozdzielone zadania powinny zająć nam podobną ilość czasu, a może nawet mi uda się trochę szybciej obskoczyć te kilka punktów na lądzie. Pierwsze dwa punkty weszły gładko i już czułem dobrze mapę. Jednak „przebieg” z punku F do C okazał się prawdziwą rzeźnią. Niby do pokonania na azymut była łączka, jakieś parę set metrów, aż do wpadnięcia na drogę. Wyzwaniem były jednak pokrzywy, oset i cholera wie co jeszcze. Wszystko to gęsto i bujnie zarastało ową łąkę, sięgając mi jakoś po pas. W tym miejscu, po raz pierwszy pożałowałem, że jestem w krótkich spodenkach. Niestety nie był to ostatni raz. Na domiar złego cały ten teren był lekko podmokły, co jakoś samo w sobie nie było najgorsze, bo w końcu w taki upał to jak znalazł. Aczkolwiek specyficzny mikroklimat sprawił, że w tym miejscu pojawiły się mgły. Co w połączeniu z ostrym światłem czołówki dawało widoczność na jakieś 3 metry. Jaka to była katorga. Pozostał tylko kompas i wiara, że w końcu dotrę do tej drogi i skraju lasu. Trwało to lata świetlne, ale w końcu się udało. Gdy odbiegałem z ostatniego punktu do strefy zmian (SZ), zadzwonił Artur że już czeka na mnie. Jakoś mnie to zdziwiło, ale nie tak miało być. Gdy dobiegłem do SZ, na miejscu czekało przynajmniej pięć osób wypatrując z niecierpliwością swoich połówek. Jak się później okazało, dla wielu ekip ten etap BnO był jeszcze większym wyzwaniem niż dla mnie i ich partnerzy czekali na nich nawet po 1,5h.

Kolejny etap to bieg na mapie 1:50 000. Gdy go rozpoczynaliśmy, to zaczynało już świtać. Gdy dobiegaliśmy do mety, było około 10:00 i robiło się już nieznośnie gorąco. Strega zmian znajdowała się w szkole skąd startowaliśmy. Aby odzyskać chęć do ostatniego już etapu rowerowego… poszliśmy pod szybki, ZIMNY, prysznic. Gwałtowne orzeźwienie postawiło nas na nogi i ruszyliśmy na rower. Niby to już koniec, ale według zapowiedzi organizatorów to aż 80km. W połowie tego dystansu dopadł mnie kryzys, a tempo drastycznie spadło. Mój organizm zaczął się gotować, mimo iż co kilka minut łykałem wodę. Musieliśmy zrobić chwilę przerwy, zjeść kabanosa i po chwili siły jakoś wróciły. Oczywiście że przez moment przyszło mi do głowy, żeby się poddać. Ale jak spojrzałem na mapę i uświadomiłem sobie, że byliśmy w najbardziej odległym miejscu mapy, a powrót do bazy i tak wiązał się z przejechaniem prawie całości trasy, oczywiste było że nie ma co odpuszczać 🙂

Po 20h i 36min od startu udało się nam dotrzeć do mety jako piąta ekipa z kompletem punktów! Spośród 26 ekip, tylko 8 dotarło na metę z kompletem punktów, a aż trzy zostały zwiezione z powodu przegrzania organizmu. Pierwsze miejsce zdobył nie kto inny jak Piotr Dopierała i Krzysiek Muszyński z czasem 16h i 10min – czyli dowalili nam ponad 4h.

Kilometrów wyszło trochę więcej niż planowano, bo 160 km - głównie za sprawą roweru i wygodnych tras jakie wybieraliśmy.

Kilometrów wyszło trochę więcej niż planowano, bo 160 km – głównie za sprawą roweru i wygodnych tras jakie wybieraliśmy.

Przeżyć to jeszcze raz można na ŚLEDZIU

Tagi , , , , , , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

Dodaj komentarz